Bóg ma „zamiar” względem nas. Jest nim doprowadzenie nas do nieba. To jednak musi stać się również naszym zamiarem, jeśli ma się spełnić. Człowiek jest w stanie pokrzyżować Boże zamiary względem siebie, gdy w swojej pysze nie chce przyjąć wyciągniętej do niego ręki. Czy mam zamiar odpowiedzieć Bogu na Jego wezwanie? Jeśli tak, to co robię, by ten zamiar zrealizować?
Jeśli ziarno pszeniczne nie obumrze… Prorocze słowa Jezusa napawają nas zawsze wielką nadzieją, że śmierć – w perspektywie wiary – nie oznacza definitywnego końca życia Jezusa Chrystusa, męczennika, chrześcijaństwa czy Kościoła.
Postać św. Jana Chrzciciela, „…głos wołającego na pustyni…”,. imponuje nam radykalizmem i odwagą. Być może wielu ludzi współcześnie nie potrafi się cieszyć z Bożego Narodzenia, przeżywać Świąt i spotykać przychodzącego Chrystusa, bo zabrakło Głosu, który potrafiłby zrodzić Słowo i to nie tylko przez przepowiadanie, ale zatroskaną postawę, która nie pozwala radości zatrzymać tylko dla siebie. Jan Chrzciciel kapitalnie spełnił swoją misję – wybrzmiał, zniknął, a miejsce pozostawił Słowu. Pozwolił Słowu zaistnieć w całej pełni.
Prorocze słowa błogosławieństwa jakie Juda otrzymał od ojca swego Izraela: „Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród kolan jego, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów”.
Samson i Jan Chrzciciel, o których dzisiaj mówi nam Liturgia Słowa, nie mogli się począć i narodzić bez cudownej interwencji Pana Boga. Rodzice ich byli osobami w podeszłym wieku (posunięci w latach), byli starzy albo, jak w przypadku Elżbiety, niepłodni. Jednak Pan Bóg dokonuje wielkich rzeczy, dla Pana Boga wszystko jest możliwe. To pierwsza zasadnicza myśl, którą należy zapamiętać z dzisiejszej Liturgii Słowa. Dla Pana Boga wszystko jest możliwe.
Adwent to czas, który ma mnie uwrażliwić na światło, które wschodzi na horyzoncie. Mam pozwolić jego promieniom oświetlić moje serce, rozjaśnić moją codzienność. To wymaga wysiłku, zaangażowania, poświęcenia czasu. Nie dokona się samo. Bóg i do mnie posyła swojego anioła...
Niech Elżbieta, która rozpoznała Zbawiciela będącego jeszcze w łonie swej dziewiczej Matki, wyprasza nam łaskę zauważenia i przyjęcia otwartym sercem przychodzącego do nas Pana.
Niepojęte dary dla nas daje, dzisiaj z nieba Ojciec łaskawy, gdy się Wieczne Słowo Ciałem staje, mocą swojej cudownej sprawy.
Co jest konieczne, by te święta były takie same, a zarazem inne? Trzeba mocno uwierzyć i trzeba prosić, dopóki się tli płomień nadziei, dopóki świeci gwiazda w Betlejem. Ta gwiazda świeci nieodmiennie przez wszystkie lata i wskazuje bardzo wyraźnie, gdzie szukać mamy ostatecznej nadziei i największej miłości.
Jednak wszystkich nas dzisiejsza uroczystość wzywa do tego, byśmy przynajmniej w jakimś stopniu odczuli w sobie: – szczęście Matki, nawet bezdomnej i biednej, ale wypełniającej Boży plan względem Niej i świata; – radość Aniołów, którzy wiedzą, że to uniżenie Boga ma prowadzić do wywyższenia człowieka; – zdziwienie pasterzy, tych ze skromnym darem, ale otwartym sercem i umysłem przyjmujących niebios Dar.